uzm

Przejście do firmy KM-Net

reklama2020

olszwywoz

 

rok202080 lat temu, 10 lipca 1940 roku, rozpoczęła się Bitwa o Anglię – kilkumiesięczne starcie powietrznych sił nazistowskich Niemiec i Wielkiej Brytanii, w którym po stronie brytyjskiej udział wzięły cztery polskie dywizjony lotnicze. Mimo, iż wielu z mojego pokolenia przeczytało (obowiązkowo) książkę „Dywizjon 303” Arkadego Fiedlera, to przecież przez wiele lat niewiele więcej można było się dowiedzieć, a i Brytyjczycy i pozostali Alianci jak gdyby nie chcieli pamiętać o wkładzie polskiego lotnika w ocalenie Anglii.

 

40 lat temu, 8 lipca 1980 roku na Lubelszczyźnie w Świdniku wybuchł bunt robotniczy, gdy ci, udając się do stołówki zobaczyli ceny posiłków, które wzrosły o niemal 100 %, do Świdnika zaczęły dołączać inne załogi robotnicze, a lipcowy bunt poprzedzający Sierpień 80, zyskał nazwę „Strajku kiełbasianego.” O tym także w lipcowym odcinku cyklu „Rok rocznic” na Zakliczyninfo.

 

Zapraszam do lektury.

 

 

Bitwa o Anglię

 

W początkowych założeniach niemieckiego dowództwa bitwa powietrzna miała stanowić wstęp do operacji „Lew morski” czyli inwazji na wyspy brytyjskie, do czego niezbędne było uzyskanie przewagi w powietrzu i na morzu. Luftwaffe miała rozbić brytyjskie siły lotnicze oraz zniszczyć ich naziemną infrastrukturę, a także uniemożliwić brytyjskiej marynarce wojennej operowanie na kanale La Manche. Osiągnięcie sukcesu pozwoliłoby na wprowadzenie do boju niemieckich jednostek spadochronowych i równoczesne dokonanie desantu drogą morską.

 

Początkowo ataki niemieckie skupiły się na rejonie kanału La Manche – bombardowano brytyjskie porty, atakowano konwoje morskie i osłaniające je samoloty. Wkrótce jednak ciężar walk przeniósł się nad Wielką Brytanię – niemieckie dywizjony bombowe atakowały lotniska Royal Air Force, a silna ochrona myśliwców wiązała w walkach angielskie siły lotnicze. Ciężkie naloty coraz częściej spotykały także miasta, w których położone były strategiczne zakłady przemysłowe (Norwich, Liverpool, Birmingham, Rochester). Luftwaffe atakowała w dzień i w nocy a liczba lotów bojowych pilotów RAF rosła od 400 na dobę do 700, a w niektórych dniach sięgała nawet tysiąca.


piloci Dywizjonu 303 Devon SA domena publicznaNajwiększym problemem Brytyjczyków był brak pilotów. Przemysł zbrojeniowy mógł szybko dostarczyć nowe samoloty, ale strat w ludziach – wyszkolonych i doświadczonych pilotów myśliwskich – nie można było szybko uzupełnić. Dowództwo Royal Air Force zdecydowało więc o włączeniu do walki pilotów wojsk sojuszniczych – utworzono nowe dywizjony myśliwskie: polskie (302, 303), czeski (310) i kanadyjski oraz dywizjony bombowe (w bitwie o Anglię walczyły dwa polskie dywizjony bombowe: 300 i 301). Jednostki te weszły do walki w najcięższym jej okresie – w drugiej połowie sierpnia, gdy przewaga Luftwaffe była największa – i poważnie odciążyły lotnictwo brytyjskie. W lotniczej bitwie o Anglię wzięło udział 144 polskich pilotów, walczących zarówno w polskich dywizjonach myśliwskich i bombowych, jak i w jednostkach brytyjskich – 29 z nich poległo w czasie walk. Między lipcem a październikiem 1940 roku polscy lotnicy zestrzelili 170 samolotów przeciwnika, a 36 poważnie uszkodzili.

 

Zaangażowanie Polaków w operacje RAF uratowało Europę latem 1940 roku – przyznał brytyjski historyk Andy Saunders.

 

Godzinami jeździli na rowerach, żeby... nauczyć się języka angielskiego. Codziennie rano autobus podstawiony przez dowództwo zabierał polskich pilotów z bazy do oddalonego o 10 mil drogi Uxbridge, by w szkolnych ławach przyswajali słownictwo niezbędne do odbywania służby. Były terminy kojarzące się jednoznacznie, jak "bandits" – samoloty wroga, trudniejsze do zapamiętania, na przykład "pancake" – naleśnik – oznaczający lądowanie, czy też zupełnie abstrakcyjne jak "angels" – anioły określające wysokość podawaną w tysiącach stóp. Po miesiącu regularnych lekcji Polacy byli w stanie przeczytać gazetę. Nie potrafili jednak poprawnie wymawiać poszczególnych słów. To dlatego dowództwo zdecydowało się na wdrożenie szkolenia rowerowego z użyciem radiostacji.

 

Zrozumieć "Kentowskiego"

 

Po zajęciu ojczyzny przez nazistów polscy lotnicy ruszyli przez Rumunię do Francji, a następnie do Anglii, żeby wesprzeć ostatni wolny kraj w Europie. W kilka miesięcy do Wielkiej Brytanii dotarło ponad osiem tysięcy pilotów i członków personelu lotniczego z Polski. 2 sierpnia w bazie wojskowej Northolt pod Londynem utworzono legendarny Dywizjon 303 z anglojęzycznym dowódcą – Kanadyjczykiem kpt. Johnem Kentem.
Kapitan, choć mocno rozczarowany przydziałem do dywizjonu obcokrajowców, szybko znalazł własną metodę na usprawnienie komunikacji z podwładnymi. Chodził dookoła samolotu, wskazując poszczególne części maszyny i zapisywał fonetycznie polskie odpowiedniki. Gdy próbował je potem wymawiać, Polacy pękali ze śmiechu. Szybko przemianowali dowódcę z "Kenta" na dużo bardziej znajomo brzmiącego "Kentowskiego".
Pierwsi polscy piloci przybyli do Anglii już w grudniu 1939 roku. Po ośmiu miesiącach żmudnych szkoleń, atmosfera w bazie narastała. "Jeśli Brytyjczycy poświęcają tyle czasu na dziecinne ćwiczenia, podczas gdy my już mamy wylatane godziny, ciekawe, ile czasu zajmie im wyszkolenie rekrutów. Czy kiedykolwiek zobaczę jeszcze wroga zanim wygramy wojnę?" – napisał w dzienniku Dywizjonu 303 założonym przez Mirosława Fericia, rozżalony as lotnictwa Jan Zumbach. Po interwencji instruktora lotnictwa Witolda Urbanowicza, z początkiem sierpnia 1940 roku, dowództwo podjęło decyzję o rozpoczęciu szkolenia na Hurricanach.

 

Wysunąć podwozie

 

Natychmiast pojawił się kolejny problem. Dotychczas polscy piloci latali wyłącznie na samolotach ze stałym podwoziem. Teraz, przed posadzeniem maszyny na ziemi, musieli pamiętać o wysunięciu kółek. Co i raz któryś lądował na brzuchu. Kapitan Kent dał w końcu ujście swojej irytacji, degradując Josefa Frantiska – Czecha, który do Anglii przybył wraz z Polakami. Rozmowę z podwładnym Kent przytoczył w swojej autobiografii: "Wiesz, jakie straty spowodowałeś? Nie miał pojęcia o czym mówię, ale wiedział, że musi odpowiedzieć w obcym języku, więc w kółko powtarzał: Oui mon commandant".

 

W sierpniu 1940 roku Niemcy nasilili ataki powietrzne. Luftwaffe dysponowało 2,5 tys. samolotów, RAF – zaledwie ponad 600. Brytyjczycy szybko stracili niemal połowę pilotów. Na mocy umowy wojskowej z 5 sierpnia 1940 roku, zawartej przez premiera Winstona Churchilla, brytyjskiego ministra spraw zagranicznych lorda Halifaxa, generała Władysława Sikorskiego i ministra spraw zagranicznych Augusta Zaleskiego oraz ustawy Allied Forces Act z 22 sierpnia 1940 roku, polskie dywizjony zostały włączone w struktury sił zbrojnych Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.

 

30 sierpnia oficer Ronald Kellett, wysłał Dywizjon 303 na jeszcze jeden lot treningowy. "Po osiągnięciu 10 tys. stóp polecieliśmy na północ. Po chwili zobaczyłem przed nami grupę manewrujących samolotów – napisał w dzienniku dywizjonu pilot Ludwik Paszkiewicz. – Otworzyłem przepustnicę i ruszyłem w stronę wroga. Zauważyłem, że na tej samej wysokości bombowiec skręca w moją stronę. Gdy mnie dostrzegł, ostro zanurkował. Skręciłem i zanurkowałem za nim. Mignęły mi czarne krzyże na skrzydłach. Wycelowałem w kadłub i otworzyłem ogień z odległości około 180 metrów. Później przeniosłem ogień na silnik, który zaczął płonąć. Podleciałem jeszcze bliżej i posłałem mu kolejną serię".

 

Paszkiewicz, który wprawdzie brał wcześniej udział w akcjach bojowych w Polsce i Francji, ale nigdy w bezpośredniej walce, zestrzelił swój pierwszy w życiu samolot. Po krótkiej reprymendzie za uprawianie samowolki podczas lotu szkoleniowego, dostał jeszcze krótszą pochwałę od przełożonych za pierwszy sukces Dywizjonu 303. Kellett zadzwonił do dowództwa i poprosił o zgodę na włączenie Polaków do walki.
Wytrzymać napięcie

 

Już 31 sierpnia, podczas pierwszej akcji bojowej, w niespełna 15 minut, każdy z sześciu polskich pilotów zestrzelił Messerschmitta. Dumny kpt. Kent zawiózł podopiecznych z Dywizjonu 303 Rolls Roycem do knajpy na świętowanie.
Każdego kolejnego dnia Polacy potwierdzali swoje niesamowite umiejętności. W ciągu zaledwie trzech dni walki, od 5 do 7 września, zestrzelili aż 31 niemieckich maszyn. Zaskakująca skuteczność cudzoziemców wydała się podejrzana dowódcy bazy w Northolt, pułkownikowi Stanleyowi Vincentowi, który wyruszył na swoją własną misję szpiegowską, aby sprawdzić, jak pracują podwładni. Po powrocie do bazy, zszokowany, miał powiedzieć tylko jedno: oni naprawdę to robią.

 

15 września 400 samolotów Luftwaffe ruszyło do akcji na Londyn. O 11.15 Polacy poderwali się do walki. Wśród nich był Jan Zumbach. Zdążył jeszcze strącić Messerschimita, zanim sam został zestrzelony. Gdy na spadochronie dotarł wreszcie na ziemię, był przekonany, że trafił do Francji. Wtem rozległy się strzały i powtarzały się one za każdym razem, gdy robił krok do przodu. Przed sobą zobaczył kilka nieruchomych postaci i jednego mężczyznę, podążającego wolno w jego kierunku. Odrzucił pistolet i, widząc brytyjski mundur, najgłośniej jak potrafił, krzyknął: "Jestem aliantem! Polskim pilotem!". Odpowiedź, która padła z drugiej strony, kompletnie go zaskoczyła: "Przepraszam, nie celowałem w ciebie. Strzelałem, żebyś przestał się ruszać. Stoisz na środku pola minowego".

 

Tego dnia alianci zestrzelili niemal połowę samolotów wroga. Dziś 15 września w Wielkiej Brytanii obchodzony jest jako Dzień Bitwy o Anglię.

 

Za przełomowy moment lotniczej bitwy o Anglię uważa się 15 września 1940 roku – od godzin porannych na Anglię sunęły niemieckie naloty, samoloty RAF przerywały walkę tylko na czas tankowania paliwa, w boju brały udział wszystkie dywizjony RAF, w tym także dywizjony polskie. Straty niemieckie były poważne – stracili ponad 60 maszyn, zginęło ponad 80 lotników, wielu zostało rannych lub dostało się do niewoli.
Triumfy święcić

 

W walkach, które trwały od 10 lipca do 31 października 1940 roku, wzięły udział cztery polskie dywizjony – dwa bombowe (300 i 301) oraz dwa myśliwskie (302 i 303), łącznie 145 pilotów myśliwskich, w tym ponad 70 walczących w dywizjonach brytyjskich. Polacy zestrzelili około 170 niemieckich maszyn, z czego aż 126 zapisano na konto Dywizjonu 303. Był to najlepszy wynik spośród wszystkich 66 alianckich dywizjonów biorących udział w Bitwie o Anglię. Największym alianckim asem okrzyknięto czeskiego pilota Dywizjonu 303 – Josefa Frantiska (17 zestrzeleń). Nawięcej strąceń wśród Polaków – 15 – zaliczył Witold Urbanowicz.
Z cech charakteryzujących polskich pilotów myśliwskich warto podkreślić dwie, które mogły zadecydować o tak fantastycznej służbie. Po pierwsze Brytyjczycy otwierali ogień z odległości około 350 metrów, podczas gdy Polacy podchodzili nawet na 100 metrów do celu. Po drugie, jak mówił dziennikarzom Channel 4. Billy Drake, pilot z Dywizjonu 1: "Polacy nienawidzili Niemców. My byliśmy zainteresowani zestrzeleniem samolotów, oni chcieli zabić załogę". A jak wiadomo nienawiść dodaje odwagi.

 

Polski historyk lotnictwa Jerzy Cynk, w rozmowie z Piotrem Gulbickim z "Dziennika Polskiego", podkreślał również następujące czynniki: polska taktyka myśliwska pozwalająca pilotom na pewną swobodę indywidualnego działania, orli wzrok wytrenowany dzięki specjalistycznym szkoleniom (m.in. obserwownie lotu muchy) oraz ogromne zaangażowanie polskich mechaników, co zapewniało polskim dywizjonom najwyższy stopień sprawności sprzętowej spośród wszystkich jednostek RAF-u.

 

"Tradycją było, że każdy samolot miał swojego brygadzistę i pomocnika – innych nie lubił i nie chciał. Początkowo, gdyśmy się ślepo podporządkowali zwyczajom angielskim, swoich tradycji nie przestrzegali, zdarzało się, jak w Biblii, że rozliczni mechanicy-doktorzy spierali się długi czas nad metodą naprawienia chorego samolotu. Nawrót do polskich zwyczajów postawił samoloty wobec opiekunów stałych, czułych, wrażliwych na najmniejsze usterki swojego samolotu" – napisał w dzienniku W.W. (prawdopodobnie por. Wacław Wiórkiewicz, oficer techniczny Dywizjonu 303).
Nie załamać się

 

We wrześniu 1940 roku Król Jerzy VI osobiście pogratulował cudzoziemcom służby. Jedna z brytyjskich gazet okrzyknęła ich mianem "czarujących chłopców Anglii". Ich czar doceniły też młode Angielki – nikt wcześniej nie całował ich w rękę, kłaniając się w pas.

 

Historia bohaterskich lotników, jak powszechnie wiadomo, zakończyła się jednak tragicznie i był to tragizm wielowymiarowy. Najpierw Polacy zostali oddani przez aliantów w ręce Stalina na konferencji w Jałcie. Następnie, jako jedyni sojusznicy Wielkiej Brytanii, nie dostali zaproszenia na wielką paradę zwycięstwa zorganizowaną w czerwcu 1946 roku. Kolejny cios prosto w serce zadała sama Ojczyzna: ci, którzy wracali do kraju byli oskarżani o szpiegostwo i w większości mordowani. Na końcu dowiedzieli się, że nie ma dla nich pracy w RAF-ie i muszą opuścić Anglię.
Co więcej, społeczeństwo polskie jeszcze długo po wojnie nie rozumiało roli, jaką polscy żołnierze odegrali na Zachodzie. I choć weterani nieustannie powtarzali, że nie walczyli za Anglię czy Francję, tylko o swój kraj, do końca życia musieli mierzyć się z oskarżeniami o ucieczkę.

 

 

W ciągu trzech miesięcy najostrzejszych walk lotniczych nad Wielką Brytanią i kanałem La Manche lotnictwo niemieckie straciło 1733 samoloty i ponad 2500 lotników (poległych i wziętych do niewoli). Ponad 650 maszyn uległo poważnym uszkodzeniom, a niemal 1000 pilotów odniosło rany. Straty wynosiły ponad połowę stanu maszyn niemieckiego lotnictwa wojskowego sprzed rozpoczęcia kampanii. RAF stracił 1087 samolotów (450 zostało poważnie uszkodzonych) oraz 544 pilotów.

 

Źródła informacji: Karolina Apiecionek, Andrzej Kałwa, portal dzieje.pl

 

40 rocznica Lubelskiego lipca

 

lubelskilipiecLato 1980 roku przeszło do historii Polski za sprawą strajków w stoczniach i innych zakładach na Pomorzu. Ich uwieńczeniem było podpisanie porozumień gwarantujących powstanie niezależnych związków zawodowych. W cieniu tych przełomowych wydarzeń pozostają społeczne bunty, które wybuchały kilka tygodni wcześniej – takim był Lubelski lipiec.  Pogoda latem 1980 roku nie odpowiadała coraz gorętszym nastrojom społecznym. Lato było chłodniejsze niż zwykle. Szczególnie na Lubelszczyźnie pogoda nie dopisywała mieszkańcom tego w większości rolniczego regionu. Nie po raz pierwszy dziejach PRL pogoda rozmijała się ze społeczną gorączką. Tak było w mroźnym grudniu 1970 roku i deszczowym, ponurym marcu 1968 roku. W przeciwieństwie do wcześniejszych burz, ta lipcowa, zwiastująca sierpniowy huragan z północy, miała nadejść z najmniej oczekiwanego kierunku: ze wschodu.

 

Matecznik ludowej Polski

 

Lipiec zajmował w pamięci historycznej władców PRL miejsce szczególne. 22 lipca był dla nich datą założycielską nowego państwa. Tego dnia w 1944 roku przekraczające Bug oddziały sowieckie i polskie zaczęły rozpowszechniać wydany dwa dni wcześniej w Moskwie Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Złożony z sowieckich nominatów PKWN miał być jedyną legalną władzą rodzącej się komunistycznej Polski. Zatwierdzony przez Stalina dokument wzywał Polaków do walki z okupantem niemieckim, tak jak gdyby walka ta nie toczyła się od niemal 5 lat i zawierał ogólne deklaracje powstania nowej ludowo-demokratycznej, niepodległej Polski.
Jego rzeczywistym celem było przesłonięcie faktu rozpoczynania się nowej okupacji, tym razem sowieckiej. Dla PZPR 22 lipca przez kolejne cztery dekady był dniem przecinania wstęg. Otwierano wówczas znaczące, często jeszcze niedokończone obiekty: trasę W-Z, Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, Stadion Dziesięciolecia, Trasę Łazienkowską i dziesiątki innych. Bunt robotników stanowiących przewodnią siłę narodu w świętym dla komunistów miesiącu byłby dla nich wyjątkowo kompromitujący.

 

Szczególnego wymiaru taki bunt nabierałby na Lubelszczyźnie. W regionie tym wciąż utrzymywała się pamięć o żołnierzach podziemia antykomunistycznego i działaczach PSL prześladowanych w pierwszych latach dyktatury. Do miejscowej legendy przeszedł ostatni Żołnierz Wyklęty, Józef Franczak, pseudonim „Lalek”, który zginął w obławie bezpieki w 1963 roku. Pomne tych doświadczeń władze komunistyczne w latach 1949-1956 wysłały do śląskich kopalń kilka tysięcy poborowych pochodzących głównie z rodzin bogatszych rolników. Innym ośrodkiem niezależnego myślenia w tym regionie był Katolicki Uniwersytet Lubelski. W 1952 roku zmuszono władze uczelni do zwolnienia dwunastu „niepokornych” profesorów. Innym elementem komunistycznej polityki wobec tego regionu były metody inżynierii społecznej. Już od końca lat czterdziestych władze konsekwentnie próbowały zmienić społeczny krajobraz Lubelszczyzny budując potężne fabryki otoczone ponurymi robotniczymi blokowiskami, które tak jak Nowa Huta miały być miastami bez kościołów. W Świdniku, pierwsza parafia powstała dopiero w 1975 roku, stając się w kolejnych latach przystanią dla niezależnego ruchu pracowniczego. Bez wątpienia więc Lubelszczyzna stanowiła region skłonny do wypowiedzenia posłuszeństwa władzom komunistycznym.

 

Strajk kiełbasiany

 

postulatykolejarzy 2W 1970 roku władze wykazały się wyjątkowym brakiem wyczucia podwyższając ceny żywności tuż przed Bożym Narodzeniem. Dekadę później władze do ryzykownej operacji przygotowały się znacznie lepiej. Dla wszystkich było oczywiste, że kolejna w ciągu czterech podwyżka cen żywności oznacza, że ekipa Edwarda Gierka nie radzi sobie z pogłębiającą się zapaścią gospodarczą. Dlatego zdecydowano się na wprowadzenie podwyżek w okresie wakacji, gdy załogi fabryk były znacznie mniejsze. Ponadto przygotowano środki na podwyżki i szeroko zakrojoną akcję propagandową.

 

Wydawało się, że władza nie powieliła błędów z czerwca 1976 roku, gdy decyzję o drastycznych podwyżkach w sejmowym przemówieniu ogłosił łamiącym się głosem premier Piotr Jaroszewicz. Zupełnie różna była skala podwyżek. Ta z 1980 roku dotyczyła znacznie mniejszej liczby towarów, których i tak próżno było szukać w większości sklepów. Mimo to rekcja społeczna była natychmiastowa. 1 lipca, w dniu wprowadzenia podwyżek robotnicy zauważyli, że ceny żywności w zakładowych stołówkach stanowiących dla wielu z nich również główne miejsce dokonywania zakupów, wzrosły.

 

Jeszcze tego samego dnia prace przerwały zakłady lotnicze w Mielcu, Autosan w Sanoku, Ursus w Warszawie (tam powstało określenie „strajk kiełbasiany”) i POMET w Poznaniu. Jak wytłumaczyć tak radykalny wybuch społecznego niezadowolenia? Prawdopodobną przyczyną było radykalne rozminięcie się społecznych nastrojów i wciąż dominującej w mediach propagandy sukcesu. Rozbudzone nadzieje konsumpcyjne lat siedemdziesiątych były rozbijane już od 1976 roku, lecz prawdopodobnie wciąż postrzegane były jako przejściowe. Rozmijanie się społecznych nastrojów i polityki władz potęgowała swoista rewolucja moralna związana z wyborem Karola Wojtyły na papieża i pierwszą jego wizytą w PRL zaledwie rok przed lipcowymi wydarzeniami.

 

Informacja i propaganda

 

Wydarzenia lipca 1980 roku odróżniały się od wcześniejszych konfliktów także istnieniem w przestrzeni publicznej nielegalnej, lecz w pełni jawnej opozycji politycznej, która mogła w zorganizowany sposób przeciwstawiać się propagandzie władz. Już 2 lipca Komitet Samoobrony Społecznej KOR wydał oświadczenie stanowiące dla robotników instrukcje prowadzenia strajku. Intelektualistom z Komitetu Obrony Robotników zależało na uniknięciu prowokacji ze strony władz, które mogłyby zakończyć się masakrą porównywalną z Grudniem 1970: „Najskuteczniejszą, a przy tym najbezpieczniejszą dla narodu formą dopominania się robotników o interesy własne i całego społeczeństwa jest zorganizowanie się robotników w zakładach pracy, demokratyczne wybieranie niezależnych przedstawicielstw robotniczych w celu wysuwania żądań w imieniu załogi, prowadzenia rozmów z władzami, kierowania akcją załóg w sposób odpowiedzialny, lecz stanowczy. Przede wszystkim nie można dopuścić, by władze zaczęły jakiekolwiek prześladowania uczestników strajków i ludzi będących rzeczywiście – lub w wyobrażeniu władz – przywódcami robotniczego protestu”.

 

W oświadczeniu KSS KOR można zauważyć zapowiedź późniejszych o ponad miesiąc postulatów legalizacji niezależnych od władz związków zawodowych i samorządu robotniczego.

 

W trakcie lipcowych strajków dużą rolę odgrywał swoisty „sztab” środowiska korowskiego mieszczący się w mieszkaniu Jacka Kuronia na warszawskim Żoliborzu. Zbierano tam nadchodzące od informatorów z różnych części Polski dane i przekazywano zachodnim mediom, głównie Wolnej Europie.

 

Jak można przeczytać w raportach Służby Bezpieczeństwa z lipca 1980 roku w sklepach ze sprzętem radiowo-telewizyjnym zwiększyła się liczba sprzedawanych odbiorników odbierających fale krótkie, na których najlepiej dało się usłyszeć polskie audycje Radia Wolna Europa. Skuteczność opozycji w informowaniu RWE była na tyle duża, że od 9 lipca ukazywał się na jej antenie raport specjalny poświęcony wyłącznie postulatom strajkujących i reakcjom władz.

 

Pierwsze reakcje propagandy władzy nie odbiegały tonem od dotychczas przedstawianej wizji przejściowych problemów gospodarczych PRL. W „Trybunie Ludu” z 4 lipca władza udawała, że prowadzi dialog ze społeczeństwem: „otrzymaliśmy w związku z tym [z podwyżkami] wiele pytań od naszych czytelników. Pytania można sprowadzić do jednego, czy mięso musi drożeć? Jedna może być odpowiedź: niestety tak”. Niestety organ prasowy PZPR nie wyjaśniał dlaczego „musi drożeć”, ponieważ odpowiedź mogłaby ujawnić rzeczywisty stan gospodarki PRL. Przez pierwsze dni lipca „Trybuna Ludu” i pozostałe reżimowe media nie informowały o strajkach. Przyczyny załamania gospodarki PRL wskazywał „Biuletyn Informacyjny KSS KOR” z 11 lipca: „Istniejący system ekonomiczny jest nieracjonalny, marnotrawny, hamujący postęp i rujnujący morale pracownika. […] Podstawową bowiem przyczyną kryzysu jest wieloletnia polityka rządów PRL, by podejmować decyzje poza społeczeństwem i zastępować reformy gospodarcze doraźnymi działaniami”. Jednocześnie opozycjoniści deklarowali, że zmiany w systemie „ustalić może tylko ogólnospołeczna dyskusja”. Był to wyraz ówczesnej słabości opozycji, której daleko było do masowości, jaką osiągnie w kolejnych miesiącach na fali strajków lipcowych i sierpniowych. Dziesięciomilionowy ruch społeczny, który narodził się jesienią 1980 r. i który własnymi siłami sformułował projekt całościowych przemian społeczno-gospodarczych, w lipcu wciąż nie mógł być nawet w sferze marzeń.

 

Świdnik: anatomia buntu

 

Po spaleniu radomskiego komitetu PZPR w trakcie wydarzeń czerwca 1976 r. hasłem rodzącej się opozycji stało się wezwanie „Nie palmy komitetów zakładajmy własne!”. To hasło inspirowało również strajkujących w lipcu 1980 r. Strajki pierwszych dni lipca dość sprawnie były neutralizowane przez władze, głównie obietnicami podwyżek i premii.

 

Sytuacja zmieniła się 6 lipca. Po niedzielnym odpoczynku robotnicy wrócili do zakładów. W słynnej fabryce WSK Świdnik tego dnia wprowadzono podwyżki w zakładowych stołówkach. Pracownicy zorientowawszy się, że niektóre ceny wzrosły o kilkadziesiąt procent ruszyli pod budynek dyrekcji śpiewając „Międzynarodówkę”. Nastrój stawał się coraz bardziej rewolucyjny.

 

8 lipca ci sami robotnicy powołali komitet strajkowy. Miejscowy komitet wojewódzki PZPR wysłał do „centrali” depeszę, w której określił sytuację jako „bardzo poważną” i prosił o przekazanie instrukcji. Gdy te nie nadchodziły, zdecydowali się na podjęcie negocjacji z komitetem strajkowym. Te były nadspodziewanie krótkie. Przedstawiciele władz zgodzili się na przywrócenie poprzednich cen w stołówkach do czasu wyjaśnienia czy podwyżki były wprowadzone zgodnie z prawem. Po zawarciu tego „porozumienia” ze strajku zrezygnowało 90% załogi. W fabryce pozostały niewielkie grupki, które podtrzymały strajk do następnego dnia, gdy wybuchł on z nową siłą. Co ciekawe tego dnia wszystkie sklepy w Świdniku pracowały do późna i były zaopatrzone, jak nigdy wcześniej. Mięso stało się dla miejscowego PZPR elementem walki propagandowej z protestującymi.
Rano 9 lipca dwa tysiące robotników rozpoczęło wiec przed siedzibą dyrekcji WSK Świdnik. Śpiewano na przemian „Międzynarodówkę” i „Boże coś Polskę”: „był to śpiew, który nie miał i nie może mieć sobie równego, śpiew będący naszą determinacją, wiarą, pogardą i zespoleniem się, śpiew mokry od łez nabrzmiałego żalu i goryczy. Te pieśni śpiewane, jak nam później mówiono, z taką mocą, że w mieście rozróżniano pojedyncze ich słowa, nie mogły nie wywrzeć skutku”.

 

Szczególnie niepokojące dla władz mogło być bratanie się dotychczas skłóconych robotników i pracowników umysłowych z administracji fabryki. 10 lipca do robotników przemówiła Zofia Bartkiewicz, pracująca w dziale technicznym fabryki, a jednocześnie radna Miejskiej Rady Narodowej w Świdniku z ramienia PZPR: „my tego się inaczej nie dobijemy, tylko wspólnie, razem. Popatrzmy na siebie, stoimy tu wszyscy ramię w ramię robociarz i kapelusznik, jak powiedziano darmozjad. I pamiętajcie, nie dajmy się skłócić, jesteśmy wszyscy pracownikami”. Tego samego dnia Zofia Bartkiewicz została wybrana do komitetu mającego prowadzić rozmowy z dyrekcją. Wiece były „nadzorowane” przez Służbę Bezpieczeństwa. Ich uczestnik wspominał po latach: „w pewnym momencie stojący na uboczu młodzi pracownicy zwracają uwagę na pewnego osobnika, niczym zresztą nie różniącego się od pozostałych członków załogi, poza tym, że zbyt często przypalał sobie dużych rozmiarów zapalniczką i tak już palącego się papierosa. Postanawiamy go sprawdzić; ten jednakże szybko się zorientował i czmychnął do biurowca, a tam go już nie zdołano odnaleźć”. Bezpieka miała swoich informatorów wśród pracowników fabryki. Ich głównym celem było identyfikowanie pracowników odgrywających kluczową rolę w kontaktach pomiędzy poszczególnymi działami. Na skutek ich działań fabryka została praktycznie odcięta od świata.

 

W stronę Sierpnia

 

Strajki na Lubelszczyźnie osiągają apogeum 18 lipca, na cztery dni przed świętym dla władz komunistycznych 22 lipca. Tego dnia w strajkach obejmujących prawie 80 zakładów uczestniczy 18 000 osób. W Lublinie życie zamiera. Unieruchomiona jest komunikacja miejska i niemal wszystkie inne instytucje publiczne. Dworzec kolejowy zablokowany zostaje lokomotywami, z których część kolejarze przyspawali do torów.
Bezbłędnie funkcjonuje jedynie propaganda lokalnych władz, która reaguje wydaniem odezwy do mieszkańców: „społeczeństwo naszego miasta i województwa znane jest z patriotyzmu, oddania i ofiarności, cech sprawdzonych wielokrotnie w czasie wojny i okupacji, w trudnych latach odbudowy, w godzinach największych prób. Niech i dzisiaj te piękne i szlachetne cechy znajdą swój wyraz w pracy, obywatelskiej dyscyplinie i patriotycznej postawie”. Tego samego wieczoru rozpoczęły się aresztowania osób związanych z KSS KOR. W Gdańsku aresztowano małżeństwo, które za kilka miesięcy miało stać się jedną z legend Solidarności: Joannę i Andrzeja Gwiazdów.
W dniu „Święta Odrodzenia” Lubelszczyzna nie przypominała innych regionów Polski: „pierwsze w historii PRL święto bez fanfar. Lublin nie jest w ogóle udekorowany. Nieoficjalny zakaz manifestacji ulicznych – stąd nie ma żadnych wieców, mityngów, uroczystych koncertów. Gazety nie podają nawet kalendarzyka imprez kulturalnych z okazji święta”. Wciąż w rządowej propagandzie nie pojawia się słowo „strajk”. Władza zastępuje je eufemizmem „przerwy w pracy”.

 

Tymczasem strajki wygasają a władze czują się coraz pewniej. We wszystkich zakładach robotnicy otrzymywali zapowiedzi podwyżek, poprawy zaopatrzenia i poprawy warunków socjalnych. Z pozoru wydawać mogłoby się, że Lipiec 1980 roku nie przyniósł żadnego przełomu w sytuacji robotników ani w polityce władz. Należy jednak zauważyć, że obie strony konfliktu zdecydowały się na zastosowanie nowych metod prowadzenia swojej walki. Dzięki działalności grup opozycyjnych i tragicznym doświadczeniom z dekady lat siedemdziesiątych robotnicy nie zdecydowali się na podjęcie masowych działań na ulicach miast. Władza po raz pierwszy całkowicie zrezygnowała z możliwości rozwiązań siłowych: rozbijania strajków i masowych aresztowań. Co równie ważne władza zdawała sobie sprawę, że kolejne strajki są kwestią czasu. Członkowie lokalnych władz PZPR w raporcie podsumowującym wydarzenia z lipca napisali: „Stan napięcia jaki miał miejsce w okresie postojów minął – ale problemy pozostały. I są miejsca, które przywodzą na myśl bulgocący pod pokrywą garnek. Jedna chwila – a może wykipieć”.

 

Co najważniejsze, Lipiec był kolejnym krokiem w kierunku psychologicznego przełomu, jaki miał się dokonać w trakcie Karnawału Solidarności zapoczątkowanego miesiąc później. Robotnicy setek strajkujących zakładów uświadomili sobie swoją siłę: „Widać było satysfakcję u ludzi, że był protest i dyrekcja od razu idzie na układy. Nie chodziło o pieniądze, ale o to, że chcieli rozmawiać i że już obiecali podwyżkę. Wielką satysfakcją było, że ludzie uświadomili sobie, że od tej pory mogą żądać.”

 

Źródło informacji: Michał Szukała, portal dzieje.pl

 

Partner zakliczyninfo

wizytówka

Archiwum


© Oficjalny Portal Internetowy Zakliczyńskiego Centrum Kultury w Zakliczynie. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wykonanie: M. Papuga. Regulamin witryny www.zakliczyninfo.pl | Zasady przetwarzania danych osobowych