Przejście do firmy KM-Net

olszser1

owywoz

nitus3

mgolob9 października podczas ostatniego pożegnania Marka Gołąba w kościele p.w. św. Idziego opata i na cmentarzu w Zakliczynie najbliższej rodzinie mistrza sportu towarzyszyli przedstawiciele Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów z prezesem Mariuszem Jędrą, a żołnierze WKS „Śląsk” Wrocław zaciągnęli wartę nad trumną brązowego medalisty olimpijskiego. Do Zakliczyna na uroczystości pogrzebowe przybyła delegacja niepołomickiej szkoły im. Polskich olimpijczyków i spora grupa znajomych z Zakliczyna i okolicznych miejscowości. Aura dopasowała się do okoliczności; smutne, zachmurzone niebo i szybko przemieszczające się chmury nad horyzontem. Oto Zakliczyńska Ziemia żegna jednego z najwybitniejszych swoich przedstawicieli współczesnych czasów; wielkiego sportowca, społecznika i Honorowego Obywatela Gminy Zakliczyn.


Z Zakliczyna na olimpijski pomost

 

Marek Gołąb urodził się w ponurych, wojennych czasach w Zakliczynie. Tutaj dorastał i stąd wyruszył w tzw. świat. Sport to było coś, co dawało mu od zawsze frajdę. Nie tak od razu trafił na dyscyplinę sportową, która przyniosła mu sławę. Gdzież to w Zakliczynie słyszał kto o podnoszeniu ciężarów, a telewizyjny przekaz w Polsce raczkował wtedy, gdy Gołąb sięgał po swój największy sukces – olimpijski brąz.  - Początkowo łapałem się w sporcie wszystkiego, a podczas międzyszkolnych zawodów nauczyciel biegiem przerzucał mnie z dyscypliny na dyscyplinę. Kulę pchałem na ponad 14 metrów, oszczepem rzucałem 58. Na amatora nieźle, lecz szybko się zorientowałem, że wzrost mam gówniany - dokładnie 168,4 - i do najlepszych będzie brakować – mówił w jednym z wielu wywiadów Marek Gołąb.  - W szkole, w Technikum Mechanizacji Rolnictwa, miałem do czynienia z podnoszeniem odważnika. Chowałem go w klasie, bo się za dnia wstydziłem ćwiczyć, i w nocy przechodziłem przez okno. Wcześniej pozbyłem się gwoździków i tylko szybę wyciągałem – zdradził w wywiadzie do Gazety Wrocławskiej w 2012 roku.  Na pomost trafił Gołąb w wieku lat 17, gdy pracował już w Bytomiu. Był operatorem dźwigu w przedsiębiorstwie przemysłu węglowego, podnosił elementy żelbetonowe i zbrojeniowe. W pewnym momencie uznał, że sam może robić za podnośnik i dźwigać żelastwo. - Gdy już pracowałem w tym Bytomiu, najbliższą sekcję ciężarową mieliśmy we Wieszowej. Pojechaliśmy tam raz we trójkę: kierowca, brat i ja. Trener wybrał mnie. Działo się to w piątek, a w niedzielę startowałem już w pierwszych zawodach. Pokazali mi tylko jak wyglądają poszczególne boje – wspominał w wywiadzie Marek Gołąb. A trzeba wiedzieć, że przed rwaniem i podrzutem było jeszcze wówczas wyciskanie. Dość okrutny dla rusztowania (dla kręgosłupa znaczy) bój - zarzucenie sztangi na klatkę piersiową i wyprostowanie sylwetki, a następnie uniesienie ciężaru ponad głowę. Wyłącznie siłą rąk, aż do prostych ramion. Na stojąco, bez charakterystycznego dla podrzutu wykroku. - I z wyciskaniem miałem na tych pierwszych zawodach problem, bo z dołu do samej góry jechałem. Dwa razy spaliłem, więc powiedzieli mi przed ostatnią próbą, że będą krzyczeć, kiedy zatrzymać sztangę na piersi. A sędziowie zaliczali wtedy próbę na klaśnięcie - dodaje. W LZS-ie Wieszowa warunki łatwe nie były. - Dźwigaliśmy w cegielni, po każdym rzucie nie było widać człowieka. Od tego pyłu, rzecz jasna. Ja radziłem sobie nieźle, więc dali mi sztangę i sam sobie w hotelu podnosiłem. Po roku przyszło pismo z Tarnowskich Gór, że życzą sobie, bym przyjechał, a stamtąd trafiłem do zasadniczej służby wojskowej. Dwa lata siedziałem w Nysie, a po przysiędze byłem już przy Oficerskiej Szkole Inżynieryjnej we Wrocławiu – mówił we wspomnianym wywiadzie dla Gazety Wrocławskiej Marek Gołąb.  To właśnie w wojsku, we Wrocławiu jego kariera sportowa nabrała rozpędu, a Wrocław stał się obok Zakliczyna jego ulubionym miejscem. Teraz miał być jedną z gwiazd 70 – lecia klubu WKS Śląsk Wrocław..... Dla polskich i światowych ciężarów chłopaka z Zakliczyna odkrył ówczesny trener kadry Klemens Roguski, który natychmiast się zorientował, że ma do czynienia z wielkim talentem. W tamtym czasie (koniec lat 50 – tych, latach 60 – te i 70 – te) polskie ciężary to była ścisła światowa czołówka, a w kategorii w której mieścił się Gołąb „rządził i dzielił” Ireneusz Paliński. To trzeba było mieć naturę Marka, żeby nie dobierać sobie do głowy takich myśli, że nie warto, że duża konkurencja, a po co mi to, etc. Marek Gołąb kolekcjonujący brązowe medale na imprezach mistrzowskich postanowił zawalczyć i choć to trwało dekadę z groszem, to dopiął swego i Palińskiego zdetronizował uzyskując nieosiągalny już dla Palińskiego wynik 495 kg w trójboju olimpijskim. Tak więc o wyjazd na Igrzyska do Meksyku musiał walczyć z gwiazdą podnoszenia ciężarów, osiem lat starszym Ireneuszem Palińskim - mistrzem olimpijskim z Rzymu (1960) oraz brązowym medalistą z Tokio (1964), mistrzem świata (1961) i Europy (1961), najlepszym sportowcem Polski w plebiscycie Przeglądu Sportowego w 1961 roku. W 1967 nastąpił przełom walki Gołąba z Palińskim. W Lublinie były Mistrzostwa Polski, generalna przymiarka przed igrzyskami, taką, jaką Gołab zorganizuje dwukrotnie w Zakliczynie; przed Pekinem w 2008 roku i przed Londynem w 2021 roku. - Ja wygrałem w LUblinie, zostałem zresztą najlepszym zawodnikiem imprezy. Na późniejszy turniej przedolimpijski pojechaliśmy razem, a prezes Przedpełski powiedział, że który wygra, poleci do Meksyku. I również zwyciężyłem. Rywal był niepocieszony, naubliżał prezesowi. W Meksyku na siedmiu startujących mieliśmy pięć medali, to absolutny rekord. Zieliński, Ozimek, Baszanowski, Trębicki i ja. Młodzież się wtedy garnęła do ciężarów, trzeba było stworzyć sport masowy. Ten moment został przegapiony. Nie było sal sportowych, oferty dla starszych ludzi. Wtedy za brąz olimpijski dostał Marek Gołąb 50 dolarów. - Trenerzy nie chcieli mnie puścić na te ciężary, na które chciałem. Cieszyli się, że już tyle medali jest, mówili - jak będziesz szósty, to bardzo dobrze. Na szczęście tacy ludzie jak Baszanowski, Zieliński i Nowak oglądali zawody w lożach. Bo w teatrze dźwigaliśmy. Jak podrzuciłem 180 kg, trenerzy zadysponowali na drugą próbę 190. Na szczęście chłopcy się znali i interweniowali, prosząc, by zmienić na 185. Bo tyle wystarczało do brązu. I muszę powiedzieć, że z tego wrażenia ledwo 185 podrzuciłem – wspominał Marek Gołąb.

Gdy przyjeżdżał do Zakliczyna – jak wspominają jego zakliczyńscy znajomi – to było prawdziwe koleżeńskie święto. Wiadomo; przyjechał nasz człowiek z wielkiego świata. Marek o kolegach zawsze pamiętał i zawsze miał czas, aby się spotkać, pożartować, wspólnie pobiesiadować. Tymczasem zdrowie nie pozwala na śrubowanie kolejnych rekordów i kolekcjonowanie medali. Gołąb kończy karierę sportową i zaczyna ścieżkę trenerską w Śląsku Wrocław.

Cdn.

źródła informacji: PZCP, Gazeta Wrocławska. Fot.arch. PZPC, Jan Rozmarynowski.

golob1 golob1 golob1
golob1 golob1 golob1

 

Partner zakliczyninfo

Archiwum


© Oficjalny Portal Internetowy Zakliczyńskiego Centrum Kultury w Zakliczynie. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wykonanie: M. Papuga. Regulamin witryny www.zakliczyninfo.pl